RSS
sobota, 21 grudnia 2013

Zginął Wychowawca mojego syna. Nazywał się Mariusz Kliszewski i był jednym z najlepszych ludzi jakich kiedykolwiek znałam. W środę  po południu, kiedy  szedł do domu, na środku pasów uderzył w niego duży, rozpędzony samochód. Pan Mariusz był niewysoki i drobny, nie miał najmniejszych szans, zmarł w szpitalu następnego dnia nad ranem. W samochodzie znajdowały się podobno trzy osoby, wszystkie po alkoholu, żadna nie  przyznała się, że prowadziła.

Pan Mariusz przejął klasę "koszmarną", "problemową", "której nikt nie chciał", "najgorszą w szkole" po pewnej pani, o której nie chcę nawet myśleć. Dzieci były zaszczute i znerwicowane, trudne w kontakcie.  Przyszedł Pan Mariusz i nie, nie stał się cud, w każdym razie nie z dnia na dzień,  ale krok po kroku, od najdrobniejszych rzeczy, ludzkich odruchów, codziennych małych gestów i dowodów szacunku i sympatii z Jego strony cud zaczął się stawać.

Nigdy nie słyszałam z Jego ust złego słowa o żadnym z dzieci, każde było godne uwagi, szacunku, sympatii, w każdym było coś wyjątkowego i cudownego, z każdej sytuacji było wyjście, wszystko dawało się załatwić rozmową, prośbą, tłumaczeniem. Nigdy nie słyszałam od Niego słowa skargi, nigdy nie usłyszałam "nie mogę" ani "nie mam czasu", nigdy nie zostałam przez Niego oszukana.

Dzieci dostawały od Niego bezwarunkową akceptację i szacunek, bezgraniczną cierpliwość i troskę. Począwszy od suszenia włosów po basenie, zapinania kurtek, wiązania butów i przypominania o czapkach i szalikach, po serdeczną opiekę nad najsłabszymi: depresyjnym, utalentowanym plastycznie chłopcem,  "aspergerowcami", "adehadowcami", wychowankami domu dziecka z niewyobrażalnie wielkimi problemami. Rozumiał wszystko, tłumaczył rodzicom z dziecinnego na dorosły, oswajał lęki naszych dzieci i nasze.

Miał talent plastyczny i starał się go znaleźć i rozwijać  w dzieciach,  był ciekawy wszystkiego, miał głód wiedzy i zarażał nim uczniów,  udowadniał, że mogą, mogą więcej i lepiej, mogą wszystko  co tylko zechcą. Wymagał od nich bardzo dużo, od siebie - o wiele, wiele więcej. 

Tłumaczył świat i uczył wrażliwości. Mój syn oglądał "Dzwonnika z Notre Dame" i powiedział, że ten Quasimodo, to chyba down, dlaczego? - spytałam. Bo nie jest piękny, ale jest bardzo miły i uczuciowy i pięknie się uśmiecha, a ludzie z downem nie są piękni, ale są bardzo uczuciowi i cały czas się pięknie uśmiechają i wcale nie są gorsi, po prostu są tacy.  Skąd wiesz, spytałam. Pan powiedział. 

Kiedy wracaliśmy tydzień temu z kina, wypatrzył  na trawniku grudniowe stokrotki i pokazał dzieciom. 

Nigdy wprost nie powiedziałam Mu, że widzę jak wiele zrobił dla mojego syna i jestem Mu za to wdzięczna, że bez Jego wsparcia moje dziecko przepadłoby. 

Nie mam siły myśleć co teraz przeżywają Jego rodzice. Bardzo, bardzo mi ich żal. 

15:45, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 czerwca 2013

Tak się złożyło, że Bartek, przyjaciel mojego syna zaczął chodzić na "nasz" basen dopiero niedawno i tak się złożyło, że będąc chłopcem zrównoważonym i silnym, boi się głębokiej wody. Mój Koleżka dla odmiany niestety nie boi się ani trochę, wodę uwielbia i pływa jak ryba, ma za to problem z koncentracją na dłuższą metę. Pani Dorota (instruktorka i kobieta święta) zna chłopaków ze szkolnych lekcji basenowych, wie, jakie są ich ograniczenia i zamiast łamać - kombinuje. Na pierwszej Bartkowej lekcji wzięła na bok mojego syna i powiedziała mu, że jego przyjaciel ma problem, trzeba mu pomóc i kto ma to zrobić, jak nie on. Koleżka poczuł powagę  chwili, oświadczył przyjacielowi, żeby się nic nie bał, bo on przy nim jest i będzie go asekurował, a potem przez całe zajęcia pływał przy Bartku w tę i z powrotem, i dookoła (pod czujnym okiem Pani Doroty i z jej uwagami "pracuj więcej nogami", "ręce płynniej", "płyń równiutko, nie zmieniaj toru", "pokaż Bartkowi, jak ma oddychać"), potem odpływał o metr w stronę głębokiej wody, wołał "Bartek, płyń do mnie, złapię cię!" i czekał, aż przyjaciel do niego dobije. A po zajęciach, na moje zachwyty jaki jest wspaniały, powiedział "tak, a widziałaś, jak Bartek pływał?".  A na wczorajszych zajęciach tym samym sposobem ćwiczyli skoki - mój syn czekał w wodzie, Bartek skakał, potem metr w stronę głębi i znów.

 Mój syn jest aspergerowy. W stopniu nikłym, ale jest. Dla takich dzieci  empatia to podobno głęboka woda.

09:19, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 czerwca 2013

Wszystkiego najlepszego!                                                                                                        Żebyś jak najdłużej, albo najlepiej zawsze był ciekawy, żebyś codziennie się dziwił i zachwycał, żebyś bardzo kochał i był kochany, żebyś się przyjaźnił i kolegował, żebyś podróżował, żebyś spełniał swoje marzenia, żebyś był uczciwy, żebyś był szczęśliwy!                                              Wszystkiego najlepszego, Synku!                                                                                           Książki, woda i mocne miętówki na drogę zapakowane, jedziemy do Krakowa na wielką paradę smoków, do najmniejszej fabryki cukierków, szukać śladów żółtej ciżemki i paziów króla Zygmunta, zapalić świeczki u franciszkanów, powłóczyć się, pogapić i pojeść dobre rzeczy.           Wszystkiego najlepszego większym i mniejszym dzieciom!      

08:40, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 maja 2013

Mamooo... - Tak? - robię się czujna, bo to jest ton, który wróży ściemę. - Jak dostanę szóstkę ze sprawdzianu, dostanę trzy książki? - Uuu, chwyt poniżej pasa. Smarkacz jest dobry z matmy i szóstka możliwa bardzo, smarkacz jest też niezły psycholog i wie, że książki matka nie odmówi. - Jakie? - błagam, niech to nie będą ostatnie atlasy świata i nieba! - "101 rzeczy, które musisz zrobić zanim dorośniesz", "111 najbardziej szalonych eksperymentów" i "Tajemnice szyfrów". - Znaczy przygotował się. Nigdy, przenigdy nie zabiorę go już do Dedalusa, amen. - A jak piątkę? - jest szansa, trzeba próbować - To 101 rzeczy i eksperymenty. - 101 rzeczy i szyfry - znacznie bezpieczniejsza wersja na mój gust. - I eksperymenty. Mamooo... - nie ustąpi, skubany, a szans na czwórkę brak. - Dobra. - w końcu sama własną ręką to sobie zrobiłam uzależniając dzieciaka od książek.

 Dostał szóstkę.                                

09:11, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 maja 2013

 Będzie o ulubionym miejscu, czyli o Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego  w Pruszkowie.        

Pojechaliśmy tam w niedzielę na kolejną Archeostację, na której tym razem było o zabawkach. Paulina Romanowicz z Katedry Archeologii Uniwersytetu Szczecińskiego zebrała  ze średniowiecznych  badań miejskich na terenie północnej Polski różne drobne przedmioty, które wyglądały jej na zabawki, albo ewidentnie nimi były, zrekonstruowała je i nic nie wyjaśniając dała do zabawy współczesnym dzieciom. Częścią tego eksperymentu, który uczyniła tematem swojej pracy doktorskiej  staliśmy się i my.                                                                                                                            Dowcip z wymyślonymi przez fantastyczną dyrektor muzeum - Dorotę Słowińską  Archeostacjami polega na tym, że niby wiemy co nas na nich czeka, a na miejscu dostajemy zupełnie nieoczekiwaną dawkę radości i wzruszeń. Dzieci walczyły na drewniane miecze i grały w kościane "kręgle", puszczały drewniane łódeczki w misce z wodą, kręciły bączki (mamo, beyblade!), owijały pieluszką płaskie, deseczkowe lalki, chrupały ciastka z ziarnami upieczone według pochodzących ze średniowiecza przepisów i znowu: rzucały piłkami z  rzemieni, grzechotały grzechotkami, bawiły się maleńkimi naczynkami i zwierzątkami, lepiły z gliny. Rodzice mogli słuchać wyjaśnień autorki eksperymentu,  wzruszać się, bo nic się zmieniło, bo dziecko zawsze odwzoruje i zmniejszy na własne potrzeby duży, dorosły świat, i w zabawie opowie po swojemu, bo niby wiemy coraz więcej o rozwoju dziecka i stymulowaniu go od najwcześniejszych lat, a  gliniane grzechotki sprzed tysiąclecia mają całkiem współczesne "patenty"  służące oswojeniu małych łapek z różnymi kształtami i fakturami, bo takie same łódki z kory robili nam nasi tatusiowie...   A przed muzeum można było  zagrać w klasy i w wojnę, i w zośkę, i gumę, i w kapsle! I  graliśmy! Wszyscy dorośli i wszystkie dzieci, potem na starożytne ciastka, i znowu: w kapsle, w zośkę, w wojnę:)  I w ogóle Muzeum bardzo ładnie nam porządkuje życie: w najbliższą sobotę Noc Muzeów z warsztatami opowiadaczy, tajemniczymi "działaniami w ogrodzie" i koncertem Dutkiewicza i Skoliasa, za dwa tygodnie podczas Dni Pruszkowa wioska archeologiczna Piecowiska Stare, potem kolejna Archeostacja jeszcze nie wiem o czym, i tak do pierwszego lipca, kiedy ruszą kolejne (w historii Muzeum szóste, w życiu mojego syna trzecie) warsztaty archeologiczno - artystyczne  Wielka  wyprawa. Moje dziecko nie może się doczekać, zna już program na każdy dzień, cieszy się na prowadzenie dziennika podróży, wytwarzanie szklanych paciorków, rozbijanie obozowiska z legionistami rzymskimi na terenach Barbaricum, na własny szklany pucharek, na którym namaluje swoją interpretację odbytej wędrówki, i na to, że tę wędrówkę odbędzie z przyjacielem.

Też się nie mogę doczekać:)

 

 

 

     

 

niedziela, 12 maja 2013

Miało być dziś o wyprawie do ulubionego miejsca i planach na początek wakacji. Ale nie będzie. Będzie kącik prasowy.                                                                                      Jak donosi internetowe wydanie (papierowego nie mam, więc nie wiem) GW, posłowie PO przygotowali projekt uchwały ustanowienia dnia 4 czerwca Dniem Wolności i Praw Obywatelskich (nazwa taka sobie, Dzień Pierwszych Wolnych Wyborów by wystarczyło),    a biskup włocławski Wiesław Mering sprzeciwia się. Biskup Wiesław Mering "sprzeciwia się ustanowieniu kolejnego święta - rocznicy pierwszych wolnych wyborów w Polsce." Pominę, co myślę o tym, że się ksiądz biskup sprzeciwia i jakie w moim pojęciu ma do tego prawo, przejdę do tego, czym ów sprzeciw motywuje, i co w specjalnym oświadczeniu pisze. Oto 4 czerwca 1989 roku "w innym miejscu na Ziemi totalitarne państwo krwawo stłumiło nadzieje młodych Chińczyków", więc jeśli już,  to "zamiast sztucznie kreować nasz polski Dzień Wolności i Praw Obywatelskich", powinno się w naturalny sposób  wykreować  "Dzień Pamięci o Studentach Chińskich z 1989 r.", bo zdaniem księdza biskupa nie da się "cieszyć Polską wolniejszą, szczęśliwszą, swobodniejszą, słysząc krzyki i jęki więzionych, zabijanych i torturowanych obywateli Państwa  Środka", a poza tym, to 4 czerwca 1989 roku "nie jest dla niego żadną cezurą w najnowszej historii Polski".                                                                                       Nie jestem w stanie odnieść do pierwszej części wypowiedzi bp  Meringa, bo jej najzwyczajniej w świecie nie rozumiem,  chociaż ogrom tragedii, która rozegrała się na Placu Niebiańskiego Spokoju w nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku jest niepodważalny i dla mnie jako dla żywego, czującego człowieka bolesny i przerażający, natomiast jeśli chodzi o część drugą...                                                                                                           4 czerwca 1989 roku nie mogłam jeszcze głosować i byłam na to zła narwaną, smarkatą  złością, uważałam, że skoro rozumiem wielkość chwili, skoro uczestniczę w tej obłędnej, ogólnej radości,  to powinien być jakiś sposób, jakaś  furtka. Moje liceum było wyjątkowe, na przerwach wrzało, na lekcjach więcej się mówiło  o wyborach, co to dla nas znaczy, o tym, że ostatnio w 1938  roku, niż rzeczywiście pracowało. Pamiętam święte oburzenie Ojca, który krzyczał na kogoś, że teraz nie iść, to hańba, że teraz trzeba, że to  moralny obowiązek,  pamiętam przekazywanie sobie gdzie, kto widział plakat z szeryfem i "zauważyliście, że  Cooper nie ma rewolwerów, tylko kartę do głosowania", i  zdzwanianie się, żeby naprawdę ruszyć "w samo południe", i niepokój, czy "to" na pewno się stanie,  pamiętam żal, że Dziadek nie doczekał się wolności.                                     A teraz się okazuje, że 4 czerwca 1989 "to nie jest żadna cezura w najnowszej historii Polski". Aha. Nie jest. Żadna. A co nią jest w takim razie? Co nią jest, jeśli nie pokojowe przejęcie władzy i uwolnienie się od złego rządu i podłego ustroju?  Pokojowe! Nie mamy krwi na rękach, możemy spać spokojnie bez wspomnień, na które skazani są Rumuni. Dlaczego Polska ma nie mieć narodowego, radosnego, letniego święta, takiego z orkiestrami, paradami, śpiewami, potańcówkami na dechach? Francuzi 14 lipca imprezują z okazji rocznicy jednej z największych jatek, jakie zna świat, a my nie możemy 4 czerwca z okazji powrotu wolności?                                                          Mimo że  się ksiądz biskup sprzeciwia.                                                                                

       

 

sobota, 11 maja 2013

Frytki dla dorosłych

 wszystko tak samo, jak  dla dzieci plus:  

- kumin  (dużo)

- tymianek

- biały pieprz (dużo)

- gruba sól

 Piec z przyprawami,  aż frytki zrobią się brązowe na krawędziach, można  pomieszać w międzyczasie.  Jeść powoli, popijać  bardzo zimnym piwem.  Słuchać, jak stołownik snuje plany podboju gastronomii warszawskiej.    

Tagi: frytki
10:51, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 maja 2013

Lemoniada

- duży, szklany dzbanek

- tyle cytryn, ile się lubi

- brązowy cukier - ile się lubi 

- miód od Pana z Roztocza 

- źródlana woda

- obciachowe szklaneczki

Cukier rozpuścić w  gorącej wodzie, przelać  do dzbanka, dopełnić zimną, źródlaną, dodać sok cytrynowy i  trochę miodu. Dać dziecku, bo wróciło  zziajane i spocone jak ruda mysz.

 

Frytki 

- ziemniaki od Państwa Warzywnych  

- olej

- sól

Pójść do Państwa Warzywnych na plotki, nie zapomnieć  kupić ziemniaków. Kiedy dziecko zacznie jęczeć "mamo, frytki!", spytać, czy mogą być domowe, przyjąć z wdziękiem wybuch  radości. Następnie obrać ziemniaczki, pokroić w grube słupki, wrzucić  do wrzątku, obgotować pięć minut, odcedzić, wysypać na blaszkę, pokropić olejem, piec w 220 stopniach aż będą rumiane i mocno zapachną. Dać dziecku, posolić, wycisnąć resztkę keczupu, nie pozwolić czytać przy jedzeniu.   

 

20:11, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 maja 2013

No to stało się. Pierwszy raz  skomentowałam coś "na  Onecie".   Nie, rzecz nie dotyczyła edukacji w Polsce ani posłanki K.P.,  ani posła J.P., ani katastrof lotniczych, nic z tych rzeczy, które zwykle podnoszą mi ciśnienie. Dotyczyła mody.                                                                                               Otóż pewna pani  prowadzi blog, w którym umieszcza zdjęcia innych pań i panów też niegustownie jej zdaniem ubranych. Wykazuje  się przy tym umiejętnościami, bo "to też jest pewna umiejętność sfotografować obiekt tak, żeby wyciągnąć z niego całą brzydotę, dosadność i śmieszność". W wywiadach dużo mówi o dobrym smaku.  Jest zaskoczona, jak  "wiele osób oburza się, że fotografuję z ukrycia". Dziwni ludzie, naprawdę. Ale nie zamierza tego zmieniać i "nie jest to oznaką tchórzostwa". A skąd! Ja bym powiedziała, że  nawet widzę w tym pewien rys bohaterstwa. Jest to też w dobrym tonie, a przede wszystkim jest uczciwe, uczciwe kryształowo. Pytanie tylko do jakiego stopnia legalne, bo naszym durnym prawie  stoi coś o zgodzie osoby fotografowanej na publikację jej wizerunku.                                                                                                                                      Pani "jest zdeterminowana" i "nie potrafi przejść  obojętnie obok kogoś, kto wygląda jak wielowarstwowy tort, albo dobrze umaszczona papuga" ale poza tym "nikogo nie wyśmiewa ani nie obraża". Z rozrzewnieniem wspomina początki swojej misji ("mój blog ma być takim czerwonym światłem dla tych, którzy  noszą się wulgarnie"): "Pierwsze zdjęcie zrobiłam kobiecie, która jechała ze mną tramwajem na Pragę. (...) Blondynka z blond florezą(?!) w stylu Violetty Villas. Choć była już w podeszłym wieku ubrała się jak lalka Barbie.  Oprócz doczepianych, kręconych włosów miała charakterystyczną mini z falbankami, dziwne futrzane buty, mocną opaleniznę i brwi odrysowane od szklanki.  Nie pozostałam obojętna wobec  tego przypadku." Jakie to szczęście! "Bez namysłu wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie.Kilka  zdjęć. Cudowne ujęcia. Pamiętam, że przesłałam je swojej  przyjaciółce. Nie kryła zachwytu. (śmiech)" Mnie też jest coraz trudniej ukryć.                                                                          Pani zamieszcza na swoim blogu zdjęcia starszych kobiet w   niepięknych, niebogatych, lumpeksowych swetrach, grubasek z ciałem  wymykającym  się zbyt małym ubraniom, niebieskich ptaków mających  na sobie wszystko, co  posiadają, kobiet w średnim wieku, o statusie materialnym poniżej  średniego, ubranych najpiękniej jak potrafiły, dziadziusiów i wujków w sandałach założonych na skarpety ("za to powinna być grzywna, wysoka"), odstrzelonych dziewczyn z Pragi ("Praga jest cudownym terenem połowów") i zdjęcia te komentuje. "Robi podpisy", bo "ma ciągoty copywriterskie" i "czuje się zobowiązana trzymać poziom podpisów". Jak pięknie! I wcale nie wyśmiewa się z biedy, a skąd!  "Śmieję się z biedy umysłu, a nie biedy materialnej." Och, no tak.  Jakie to mocne.                                                              Może ja  się od razu przyznam, że nie rozumiem. Mimo najlepszych chęci. Z pewnością "odrobina dystansu i zdrowego podejścia do bloga zrobiłoby nam dobrze", ale nie mamy, więc nam nie robi.                                                                                                                Pani  "nie powie co robi", ale "w pracy ma też do czynienia z modą."  Myśli,  "że osoba, dla której moda byłaby całkowicie obca nie mogłaby tego robić. Nie potrafiłaby."  A pani potrafi.                                                                                                                                        Pani "jest fanką dziwnych mieszanek". Ja też.  Szaleję na przykład za arogancją zmieszaną z brakiem refleksji i  bezdusznością. Panią "fascynuje kicz" i "pociąga brak gustu". Wypowiadać się o guście, kulturze, czy choć zwykłych dobrych manierach  nie czuję się uprawniona.  Tylko jakoś żal mi kogoś, kto  z tropienia ludzkich słabostek zrobił sobie hobby, misję i sposób na istnienie. Żal, bo to takie... biedne. 

Jest możliwe, że przesadzam. Jakby co, proszę:   faszynfromraszyn.pl 

 Mój dziadek, mężczyzna przedwojenny, na mój smarkaty, złośliwy komentarz do czyjegoś wyglądu zapytał "A cóż to ciebie  interesuje, moje dziecko?"

  

12:25, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 maja 2013

Maj to jest  piękny miesiąc w ogóle, a  tegoroczny nawet w szczególe, gdyż:

- jest wreszcie jasno

- jest wreszcie ciepło

- wszystko kwitnie naraz

- można mieć okna otwarte całą noc (cały dzień niespecjalnie, bo remont  i rusztowania)

- można jeździć do szkoły na hulajnodze

- można po drodze ze szkoły wpaść  na lody

- można chodzić w sandałkach

- można  nosić dłuugie sukienki 

- mój syn lubi szkołę, co jeszcze rok temu nie było takie oczywiste.

Ale różne rzeczy się zmieniły i teraz lubi. Nawet wyznał mi na początku tego łykendu, co był długi, że  kiedy jakiś czas nie może(!) iść do szkoły, to mu trochę  smutno, bo nie ma z kim rozmawiać (przyjaciele wyjechali, a ja pracowałam i musieliśmy zostać),  tylko ze mną. Przełknęłam to "tylko" i  ucieszyłam się, aż Koleżka spojrzał na mnie podejrzliwie. Ucieszyłam się, bo ma przyjaciół (ja nie miałam), może z nimi gadać do woli i o wszystkim, pożyczają sobie książki, a potem je omawiają, mówią o sobie i do siebie z szacunkiem. Poza tym ganiają po boisku i łażą po drzewach - normalni są:).

A wczoraj był w ogóle dobry dzień i niebo łaskawe. Trudne obietnice zostały dotrzymane, Pan Szachowy  podziwiał przyniesione przez  mojego syna pradziadkowe szachy i nawet nimi grał, w ramach pracy domowej został napisany fajny list do nieznanego kolegi z Rumunii (dlaczego z Rumunii? a nie wiem, bo tak), w którym było i o tym, że "bucurie" znaczy  radość, a Bukareszt jest piękny,  że góry Transylwanii są potężne i tajemnicze,  że jest tam złoto, ale gdyby się kolega wybierał, to lepiej z czosnkiem, młotkiem i osikowym kołkiem, bo Dracula, i że kuchnia rumuńska podobno pyszna, i były  dwa PS, i odpisz, proszę, jeśli zechcesz... Dobry był dzień i fajny się ten mój Koleżka udał.  

  A panowie z zaprzyjaźnionej księgarni sprowadzili nam Verny na wakacje! W zeszłym roku poszły "20000 mil podmorskiej żeglugi" i " W 80 dni dookoła świata", w tym będzie "Pięć tygodni w balonie", "Napowietrzna wioska" i "Piętnastoletni kapitan".  Z mapami! 

 Zdaje się, że nawet polubiłam burczenie betoniarki za oknem.  

A teraz wymyślamy patriotyczne biało czerwone potrawy: pomidory z białym serem, truskawki ze śmietaną, cukrowa cebula z czerwoną papryką, ćwikła z chrzanem, buraki z ziemniaczkami,  waniliowy budyń z wiśniami..  Jeść!!!

Maj to jest piękny miesiąc!

19:25, niebozaoknem
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2